Chapter 1: The battery cell brainchild
Prostota w kwestii stron internetowych zawsze mnie urzekała. Podobnie jak styl projektowania stron w roku 2003. Stąd też dość ascetyczny wygląd tegoż bloga. Stąd też fascynacja początkami Facebooka (obecnie serwis ten już tylko mnie odrzuca i zniechęca, ale ukazane w The Social Network początki serwisu, kodowanie po nocach, prosty wygląd i rozwój tej gigantycznej bazy danych jara mnie każdorazowo tak samo). Stąd też coś, co tli się we mnie od dłuższego czasu i miejmy nadzieję przerodzi się w coś większego.
Jako że z wolna zamykam kolejny etap mojej jakże zabawnej egzystencji na tym placu zabaw warto by wspomnieć, że człowiek z dnia na dzień coraz bardziej pochłaniany jest przez różnorakie wątpliwości. Zafascynowali mnie dziś potomkowie maorysów przez krystaliczną prostotę swego życia, rzekłbym wręcz Hiobową, jak i przez uczciwość w stosunku do natury.
Mam nadzieję, że ten blog będzie niezwykle dla osób postronnych niezrozumiały. Nie widzę sensu w blogowaniu z klarownym przekazem. Odbiera to wszelkie hedonistyczne zapędy egzaltowania samym sobą.
21:50
Wypadałoby wstać z samego rana i odpowiedzialnie wziąć się za coś, czego wyjątkowo robić mi się nie chce. Z wolna opada we mnie mania prześladowcza związana z kontynuacją Portala, ale pojawiają się nowe, dziwne obsesje. Muzyka z Incepcji jest niezwykła, Hans Zimmer jak zawsze dał radę.
Idę więc zanurzać się dalej w epickości Limbo, licząc że w swych nocnych wędrówka po drugiej stronie synaps, płata czołowego i neuronów znów porzucę wszelką klasyczną i naturalistyczną logikę na rzecz Acid odlotów.
And in the end let’s play a little game. Here, some tips. Up and bottom, so let’s have a fun, shell we? So, rise and shine, Mr Freeman, rise and shine…



